czytam, bo bez czytania nie potrafię żyć.. a filmy oglądam, bo lubię.. czasami nawet coś uda mi się ugotować.. ten blog piszę wyłącznie na własny użytek..
Zakładki:
Czytam:
Odwiedziłam lub odwiedzę:
Oglądam:
Słucham:
Tu zaglądam i podczytuję:
WAŻNE - potrzebna pomoc !!!
ZAKUPOWO:
sobota, 31 grudnia 2011
nowego roku..

*

Szczęśliwego Nowego 2012 Roku!

radości, ciepła, powodzenia i zdrowia

spełniających się marzeń, samych dobrych ludzi wokół

oraz

wszystkiego tego, czego pragniemy

i tego, co zamierzamy..


*

x

czwartek, 29 grudnia 2011
matki, żony....czarownice...

kolejna książka z zapasów bibliotecznych, które powoli się kurczą.. tym razem to "Matki, żony, czarownice.." aut. Joanny Miszczuk..

spodziewałam się kolejnej, babskiej książki w typie zdradził ją, porzucił, pozbierała się i jest znowu szczęśliwa.. w tle psiapsióły, rodzice, dzieci i takie tam... - ale książka miło mnie zaskoczyła i choć to fikcja, to spodobała mi się, bo autorka naprawdę włożyła w tę książkę sporo pracy i serca...

1

historia jak historia, trochę współczesna, trochę cofania się w rodzinne tajemnice i ukazanie życia kobiet jednej rodziny, babek, prababek a nawet pra pra pra... ale za to jakie milusie i romantyczne zakończenie... bajka... coś jak z niemieckich filmów o współczesnych księżniczkach.. ale czyta się dobrze i to najważniejsze.. polecam.. można się zrelaksować i oderwać od codzienności na parę godzin..

trochę porównywalna do "Panny i wdowy" ("Wiek samotności") Marii Nurowskiej czy też do "Cukierni pod Amorem" (mniej)

 

wtorek, 27 grudnia 2011
zuzanna nie istnieje...

nie pamiętam już, kiedy wpadła mi w ręce książka Marty Fox "Kobieta zaklęta w kamień".. po jej lekturze, gdzieś w sieci znalazłam blog pisarki, na który, choć niesystematycznie - zaglądam od czasu do czasu... czekałam więc na Zuzannę...

1

książka "Zuzanna nie istnieje.." odczekała swoje na półce z innymi książkami po to, abym przeczytała ją jednej nocy...

z tym polecaniem, bądź nie, książek jest o tyle niebezpiecznie, że to, co podoba się jednemu, niekoniecznie może spodobać się drugiemu..

mnie autorka zaciekawiła na tyle, że czytałam książkę do 2-giej w nocy, choć koniec był, jak w większości takich historii dość przewidywalny.. dla mnie najważniejsze w tej książce były przemyślenia obojga bohaterów, ich spojrzenia na pewne sprawy i dotychczasowe, minione życie, i spodobał mi się także sposób w jaki autorka powiązała ich myśli, jak je upodobniła i jak je nam pokazała...

książka zdecydowanie dla kobiet, na samotny wieczór, czy niedzielne popołudnie.. dla tych przed zakrętem i dla tych po... bo w tej książce Im się.......udaje.... :)

poniedziałek, 26 grudnia 2011
dobranocnie poświątecznie....

kończy się ostatni świąteczny dzień.... przed snem, przed kolejnymi kartkami książki czytanej do poduszki "Zuzanna nie istnieje.." aut. Marty Fox, słucham sobie starej, dobrej Diany Krall...

1


 

ryba faszerowana w galarecie...

na koniec dań świątecznych zostawiłam mój autorski popis zdobniczy :)

to coś jak przedszkolne robienie szlaczka kolorowymi kredkami w linijkach zeszytu... talentu nie posiadam, ale za to zabawę miałam przednią, co mi zupełnie zrekompensowało piątkowe całodzienne stanie na nogach w kuchni...

ryba faszerowana ta-dam!

1

muszę dodać, że dwa półmiski tej ryby pojechały na Wigilię do domu jednej z moich dobrych znajomych... i to właściwie dla niej te dekoracje, bo swoją domową rybkę zalałam tylko galaretą przyozdabiając marchewką, groszkiem i oliwką w stylu abstrakcyjnym ;)

przepis:

  • ryba mrożona (mintaj) 1,5 kg (odchodzi glazura)
  • cebula 2 szt średniej wielkości
  • bułka tarta 1 szkl
  • masło roślinne 1 łyżka
  • jaja 4 szt
  • bulion: włoszczyzna 1,5 pęczka i 1 mała cebula, 2 łyżeczki cukru,
  • przyprawy: sól, cukier 4 łyżeczki, pieprz czarny i ziołowy po 2 szczypty
  • żelatyna ok 6-8 łyżeczek na 1 litr wywaru
  • dekoracja: groszek zielony, por, marchewka, czarna oliwka, ogórek kwaszony, papryka czerwona, natka pietruszki, cytryna, rzodkiewka

rybę rozmrozić i zmielić wraz z cebulą, masłem i bułką tartą dwukrotnie, dodać wszystkie przyprawy i dobrze wymieszać, dodać jaja i ponownie dobrze wyrobić...

zawinąć bardzo ścisło w lnianą ściereczkę lub gęstą gazę (polecam jednak ściereczkę) i przygotować bulion z warzyw i cebuli, dodać szczyptę soli i 2 łyżeczki cukru, do gotującego się bulionu włożyć rybę i gotować całość ok 1 godziny

wyjąć rybę i ostudzić, aby stężała, po czym pokroić w plastry i ułożyć na półmiskach, udekorować wg fantazji :)

wywar odcedzić z warzyw i przefiltrować przez ściereczkę lub filtr kawowy - dodać żelatynę

gdy wywar z żelatyną będzie chłodny, zalać nim przygotowaną rybę i wstawić do lodówki, aby stężała..

podawać z kroplą majonezu..

2

tutaj przed zalaniem galaretą..

świąteczne mięsiwa...

uwielbiam schab ze śliwką... i w ogóle pieczone mięsa.. schab karkowy czy boczek...

w te święta, jak już wcześniej pisałam, odpuściłam sobie szynkę i baleron - upiekłam dosłownie kawałek schabu karkowego z przyprawą włoską i dużą ilością ząbków czosnku oraz wspomniany schab środkowy ze śliwką, do którego nie dawałam czosnku, a tylko tradycyjnie sól, majeranek, trochę przyprawy do grilla..

środek schabu nacięłam długim nożem na krzyż i wcisnęłam w kilogramowy kawałek pół opakowania suszonych śliwek

obydwa mięsa piekłam w temperaturze 180"C przez dwie godziny, studziłam w folii, w której się piekły.. wyszły soczyste i smaczne..

1

2

śledź na słodko...

był czas, kiedy nie przepadałam za słodkim smakiem tego śledzia, ale dla świętego spokoju i tradycji świątecznej jadałam jeden kawałek, co by Mamie mojej przykrości nie robić... z czasem przyzwyczaiłam się do tego smaku tak bardzo, że świąt nie wyobrażam sobie bez tego śledzia, a dodatkowo to jest tak, jakby ze śledziem Mamy, była Ona z nami w każde święta...

śledź od kilkunastu lat nazywamy z rodzeństwem 'śledziem Mamy', bo gdy nam Jej zabrakło, chcieliśmy chociaż w ten sposób zachować Jej cząstkę dla nas...

nie zrozumie tego ktoś, kto nie stracił swoich bliskich.. i kto nie stracił możliwości odtwarzania ulubionych smaków czy to w święta, czy od okazji do okazji... a okazuje się, na przykładzie mojej rodziny, że jest to wbrew pozorom, bardzo...bardzo dla nas ważne...

dzisiaj, mając lat 45 wiem już, jak ważne jest uczestniczenie w przygotowywaniach świątecznych wraz z Rodzicami i uczenie się rodzinnej kuchni... mając lat 15 czy 20 nie wiedziałam, jak ważne jest podglądanie tego, jak gotują Mama z Tatą, jak ważne jest zapisywanie przepisów na kartkach, karteluszkach czy w książkach kucharskich... jak ważne są smaki naszego dzieciństwa i młodości, gdy chcemy je potem odtworzyć z naszych wspomnień....

1

śledź na słodko wg Mamy (przepis):

  • 1 kg śledzia solonego z beczki (lub współczesne filety matiasa)
  • 3-4 szt cebuli
  • ocet 10%  1 szkl
  • woda 2 szkl
  • cukier 50-55 łyżeczek
  • przyprawy: kolendra 1 łyżeczka, gorczyca 1 łyżeczka, 4 liście laurowe, 10 ziaren ziela angielskiego, pieprzu czarnego

zagotować wodę z octem, cukrem i przyprawami

śledzia namoczyć - solonego na noc, filety na 20 minut, cebulę pokroić w plasterki lub piórka, filety pokroić na kawałki, przełożyć do słoja na zmianę z cebulą i zalać przestudzoną zalewą..

po paru dniach spróbować zalewę, gdy jest za mało słodka, dosłodzić 3-4 łyżeczkami cukru

w niektórych domach śledzia na słodko tzw.katolika jada się z gotowanymi ziemniakami..

wigilijna kapusta z fasolą...

z tą kapustą wigilijną to bywało przez lata różnie... bywała sama, bez grzybów, czasami z grochem, czasami z fasolą... a ja lubię i oko nakarmić, dlatego też ugotowałam kapustę z grzybami i z fasolą..

kapustę gotuję z dodatkiem oleju lnianego, z grzybami suszonymi, a czasami dodaję też grzyby mrożone (jeśli akurat mam)...

gotuję wolno i długo... tegoroczna jest z marchwią, bo taką kapustę kupiłam, a wybierać marchwi mi się nie chciało...

fasolę gotowaną osobno dodaję na koniec...

1

sałatka, makowiec i klops...

i sałatka jarzynowa, i makowiec, i klops (tym razem bez jajka w środku) pojawiają się również na moich stołach świątecznych...

zarówno tym wigilijnym, jak i wielkanocnym... to taka standardowa trójka...

kiedyś klopsa robiła moja Mama, potem na długie lata został zapomniany... aby przed dziesięciu laty ponownie trafić na świąteczny stół za sprawą, że tak powiem....sercową...

klops niedoszłej Teściowej nie ma sobie równych, ale nigdy nie starałam się rywalizować, bo to jest po prostu niemożliwe i już... nie można podrobić smaku drugiej gospodyni, ja to wiem i dlatego też wciąż powtarzam, że można zrobić podobnie, ale napewno nie tak samo...

moje klopsy były już  i z groszkiem zielonym, i z marchewką, były też z jajkami przepiórczymi, a tegoroczny zrobiłam bez jajka, za to z natką pietruszki...

1

3

2

sałatka

4

i makowiec (ciasto drożdżowe i masa makowa)

5

barszcz z pierogami...

w dzieciństwie i w młodości barszcz czerwony wigilijny jadało się w naszym domu rodzinnym z fasolą jaś... i już... żadnych uszek i nic więcej... tylko ta fasola..

ja barszcz czerwony bardzo lubię, a zaadoptowałam go w swojej kuchni do popijania pasztecików, krokietów lub pierogów z kapustą i grzybami...

muszę przyznać, że w tym jednym przypadku jestem mocno przywiązana do glutaminianu sodu i jedyny barszcz czerwony, który przyswajam to ten rozpuszczalny z torebki... no cóż, widać nie dane mi było ugotować barszczu Maminego, a te z kartonów z dodatkiem jabłek, to absolutnie nie mój smak...

1

a pierogi z kapustą i grzybami odkąd pamiętam, zawsze na Wigilię robiła moja siostra Jola.. kiedy była z dala od domu, pierogi na świąteczny stół, niejako w 'spadku' robiła Monika, jej córka.. i tradycja była wówczas zachowana... teraz to Monia jest z dala od domu, a na tegoroczną kolację wigilijną pierogi znowu zrobiła siostra...  przepisu nie znam, ale zapytam i dopiszę, jeśli Jola się tym przepisem ze mną podzieli :)

2

wigilijne kluski z makiem..

kluski z makiem pojawiają się na moim stole, podobnie jak i na stołach mojego rodzeństwa raz w roku, właśnie w Wigilię...

dawno temu, gdy Wigilię szykowała nasza Mama, a mak kręciła maszynką do mięsa, kluski te były z własnoręcznie robionego przez Mamę ciasta makaronowego, które dość szybko zastąpiła gotowym makaronem...

może powinnam się zawstydzić z faktu, że ja maku nie gotuję i nie kręcę przez maszynkę, bowiem od paru ładnych lat używam gotowej masy makowej..

w tym roku użyłam masy z puszki, którą w ubiegłym roku dostałam od swojego Taty na trzy tygodnie przed świętami, z której miałam zrobić te kluski... ale Tatko wziął i umarł sobie... i  ubiegłego roku klusek z makiem nie zrobiłam... bo świąt jako takich, radosnych nie było..

na te święta Tatowa puszka doczekała się użycia, a ja do niej kupiłam liściasto-choinkowy makaron...

a całe mecyje, to wymieszanie ugotowanego, jeszcze ciepłego (rozmiękcza masę) makaronu z gotową masą makową...

1

wigilijne ryby...

nietypowo w te święta odstąpiłam od zakupu karpia... z racji tego, że w sakiewce nie za bogato, kupno karpia uznałam za zbytek.. karp nie jest przeze mnie rybą lubianą i właściwie to do tej pory gościł na moim stole z dwóch powodów: dla tradycji i dla tradycyjnej łuski w portfelu.. karpia zastąpił w tym roku pstrąg (cenowo podobny, a o ileż smaczniejszy), a łuski? no cóż.. zeszłoroczne łuski coś niecoś zaczarowały, a przyszły rok pokaże czy bez łusek z wigilijnego karpia dam sobie radę...

pstrągi mają smaczne rybie mięso i wcale nie tak dużo ości... wypatroszone, oskrobane pokroiłam na dzwonka, dobrze posoliłam i tak poleżały sobie przez noc.. otoczone następnie w mące i usmażone na oleju były jedną z potraw na wigilijnym stole...

1

zaś kilka dorodnych dzwonek usmażonych na złoto zalałam zalewą z octu (10%) 1 część, wody 4 części, przypraw: pare ziaren ziela angielskiego, czarnego pieprzu, gorczycy, liścia laurowego i kilku ziarenek cukru, do tego dodałam plaster cebuli i nieco żelatyny, aby powstała galareta, która samoistnie nigdy z moich 'chudych' ryb mi nie powstała...

2

święta, święta i po świętach...

święta, święta i po...

piątek przed Wigilią był dla mnie dość pracowitym dniem, całkowicie spędzonym w kuchni, przy radiu PIN wśród sporej ilości garnków, garnuszków, naczyń wszelkich..

od samego rana do późnych godzin nocnych pracowałam sobie na tych moich dwóch metrach kwadratowych wolnej przestrzeni.. nie będę pisać co na to mój kręgosłup... eech... czasami obawiam się, że zbuntuje się któregoś dnia i odmówi współpracy... niby można przygotować świąteczne potrawy wcześniej, no ale tak naprawdę to co? jeśli chcę mieć świeże, nie mrożone, no to jak?

jeden dzień ciągłej pracy jest tego wszystkiego wart...tylko sens, sens tego wszystkiego mógłby być dla mnie...głębszy...

bilans świąt to przecięty nożem palec, poparzone tłuszczem udo i popsuty czajnik :) a przepalona żarówka w samochodzie to przy tym pikuś.. :)

dekoracje świąteczne to brązy i złoto i ciepłe światła... tym bardziej, że to ostatnie moje święta w tym domu... nie wiem, gdzie będę mieszkać za rok, gdzie będę spędzać święta, ale to chyba nie jest teraz takie ważne...

te święta wyglądały tak...

1

2

piątek, 23 grudnia 2011
wesołych świąt!

 

*


Zdrowych i Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!


*

 

x

wtorek, 20 grudnia 2011
ślimaki olbrzymie...

I lumaconi giganti artigianali - czyli ślimaki olbrzymie.. taki napis widniał na makaronie, który kupiłam kiedyś, kiedyś, a miałam w swoich zapasach szafkowych..

dla mnie są to muszle duże, ale mogą  zwać się i ślimakami...

ponieważ młody przywiózł ze sklepu mięso mielone, pomyślałam, że zrobię zapiekankę - wybór padł na te ślimaki olbrzymie :)

1

przepis:

  • makaron muszle lub ślimaki olbrzymie 15 szt (w paczce zostało ok 10-12 szt) ( 4,00 zł )
  • mięso mielone z łopatki 1/2 kg ( 8,00 zł )
  • sos do spagetti bolonese 1 szt ( 3,60 zł)
  • jajka 2 szt ( 0,60 zł )
  • śmietana 12%  400 ml ( 2,00 zł )
  • ser żółty 1/2 op ( 1,80 zł )
  • przyprawy: sól, pieprz ziołowy, pieprz czarny, oregano, papryka słodka, ciut oleju

mięso mielone przesmażyłam na oleju aromatyzowanym czosnkowym (własnej roboty), dodałam przyprawy i dość dużo oregano.. gdy już było podsmażone dolałam sos bolonese, potrzymałam na ogniu jeszcze chwilę, po czym dodałam do masy mięsnej trochę startego sera, żeby cała masa związała się nieco...

makaron obgotowałam w osolonej wodzie przez ok 10 minut (czas gotowania na opakowaniu to 18 min! al dente 16 min) i do przestudzonych muszli nakładałam farsz..

muszle ułożyłam w naczyniu żaroodpornym i zalałam je mieszanką śmietany i jajek (z oregano i pieprzem) a całość posypałam serem żółtym..

piekłam w 180"C z termoobiegiem przez 25 minut, podałam z chlupem keczupu...

najadłam się dwiema muszlami, młody zaszalał i zjadł cztery... są bardzo sycące i niestety kaloryczne...

2

świąteczne menu...

do Świąt dni kilka..  zakupy zrobię we czwartek, żeby wszystko było świeże, bo piątek mam zamiar spędzić w kuchni właśnie, krojąc, pichcąc, kolęd słuchając..

być może, gdybym miała zamrażarkę z prawdziwego zdarzenia lub lodówkę z pojemnym zamrażalnikiem, to pewnie część mięs lub pierogi miałabym już gotowe, chociaż niespecjalnie lubię odmrażane jedzenie..

tegoroczne świąteczne potrawy, jak i całe Święta będą skromniejsze, zarówno  w ilości dań, jak i w wydatkach..

nie wiem jeszcze na co dokładnie się zdecyduję, ale pożyjemy, zobaczymy...

  • barszcz czerwony czysty z krokietem kapuściano-pieczarkowym
  • kapusta wigilijna z grzybami
  • sałatka jarzynowa
  • ryba smażona (karp dla łuski)
  • tatar ze śledzia
  • śledź na słodko
  • pierogi z kapustą i grzybami (zrobi siostra)
  • ryba faszerowana w galarecie
  • kluski z makiem
  • makowiec
  • chleb domowy z kminkiem
  • kapusta z łazankami
  • kompot z suszu
  • pieczone ziemniaki (do śledzia)
  • schab karkowy pieczony
  • schab pieczony ze śliwką
  • klops (opcjonalnie)

rezygnuję w tym roku z szynki i baleronu, które od dawna były tradycją na świątecznym śniadaniu, jadane z ćwikłą.. te, dostępne obecnie na codzień, nie są już takim rarytasem na stole, jak kiedyś, gdy byłam dzieckiem...

lista jest długa, ale wszystkiego będzie po troszku, żeby nie zostawało i żeby nie trzeba było jeść tego przez parę dni z kolei... nikt tego nie lubi...

grunt, że choinka już jest...

1

piątek, 16 grudnia 2011
za tydzień Święta....

noooo... chyba czas już pomyśleć o Świętach... w tym roku nie będę ich robić na trzy domy, więc przygotowywania będą skromniejsze, w minimalnej ilości i symbolicznie zaledwie... ot, dla tradycji..

tradycyjnie wezmę sobie kartkę i długopis i zanotuję to, co zrobię - właściwie nie wiem po co to zapisuję, przecież i tak co roku jest to samo, od wielu wielu lat...

do każdych Świąt wystarczają mi trzy dni przygotowań, jeden dzień sprzątanie i dekorowanie domu, drugi dzień zakupy i trzeci dzień gotowanie, pieczenie, krojenie.. a świątecznych dni też tylko trzy... choć jakby więcej, bo do Sylwestra... a w Nowym Roku wszystko wraca do normy... i zaczyna się codzienność...

no więc czas już pomyśleć o Świętach...


1

wtorek, 13 grudnia 2011
przecieraki czyli kluski ziemniaczane..

nauczyłam się tych klusek w ostatniej dekadzie mojego życia... a pierwszy raz  jadłam je za wielką wodą... podane i przygotowane od serca, w hotelowym apartamencie, latem 2000 roku..

przez ostatnie lata zdarzało mi się jadać je świeżo ugotowane, z białym serem i skwarkami z wędzonego boczku, albo też na drugi dzień, odsmażane na patelni, najchętniej z kawałkami boczku właśnie...

1

do ich zrobienia wykorzystałam starte ziemniaki i cebulę, pieprz sól i tyle mąki, aby ciasto było w miarę gęste, ale nie aż tak, by kluski nie były za twarde...

gotowane w osolonym wrzątku, wrzucane do wody z miseczki, urywane po kawałku widelcem z całej masy ziemniaczanej...

nie robię ich najlepiej, ale wyszły całkiem niezłe i smaczne...

2

naszła mnie taka refleksja...że wystarczy parę ziemniaków, aby przypomnieć sobie tyle miłych chwil ze swojego życia...

placki ziemniaczane..

placki ziemniaczane są raczej lubianym przysmakiem..

pamiętam te pierwsze 'kupne' w małej jadłodajni w miejscowości Zgon na Mazurach, gdy byłyśmy tam z Jolą i jej rodziną na wakacjach, na polu namiotowym - mogłam mieć może 9-11 lat, nie pamiętam..

potem jeszcze raz wybrałyśmy się z siostrą na placki, tym razem był to rok 1999, placki kupiłyśmy w polskiej knajpie na Greenpoincie w NY,  placki kosztowały 4 usd, a pączek 1 usd.. jaką wtedy miałyśmy przygodę z wycieczką na Manhattan :) najpierw długo szukałyśmy taksówki, żeby dojechać do Empire State Building, potem dłuuugie stanie w kolejce, aby wjechać na taras widokowy...  to takie spełnienie mojego marzenia po obejrzeniu filmu z Meg Ryan " Bezsenność w Seatle"... a potem powrót metrem na Greenpoint, gdzie zostawiłyśmy samochód i wieczorny marsz od stacji metra, a zasuwałyśmy ze strachu tak, że się za nami kurzyło :) miłe wspomnienia...

no ale o plackach  miało być... wczoraj brat mi narobił smaka na te placki, bo wspomniał, że sam robił placki węgierskie...

1

ja swoje zrobiłam tak: wzięłam 8 ziemniaków, dwie małe cebule, trochę soli i pieprzu, 1 jajko i trochę mąki.. zaledwie ciut mały...

podaję placki z cukrem, tak się jadało i jada w naszej rodzinie..

2

a tu wspomnienie tego romantycznego filmu, po obejrzeniu którego obiecałam sobie pojechać kiedyś do NY i odwiedzić ten taras widokowy... a tak na marginesie: marzenia się spełniają...

niedziela, 11 grudnia 2011
sałatka ziemniaczano-ogórkowa...

weekend upłynął mi pod znakiem improwizacji kulinarnych... ta sałatka też powstała zupełnie spontanicznie..

1

skład: ziemniaki w mundurkach, ogórki kwaszone, kukurydza, koperek, majonez, pieprz.. ot, pokroić w kostkę i wymieszać wszystkie składniki..

do spożycia sama w sobie lub jako dodatek do grillowanego lub pieczonego mięsa, a po dodaniu śledzia może być sałatką śledziową..

2

śmietanowa improwizacja..

tak się nieszczęśliwie złożyło, że podczas ostatnich zakupów uszkodziłam sobie dwie śmietany, które kupiłam, przedziurawiły mi się wieczka, więc musiałam je wykorzystać w miarę szybko - przyszedł mi do głowy pomysł na śmietanowy deser, bo niczego innego z tej śmietany wymyślić nie potrafiłam...

1

przepis:

  • śmietana 18%  400g 2 szt ( 2 x 2,00 zł )/taka tania śmietana jest w Lidlu/
  • jogurt typu greckiego 400g 1 szt ( 1,70 zł ) /jw/
  • 4 jaja ( 1,60 zł )
  • cukier 1/2 szkl ( 0,50 zł )
  • cukier puder 1,5 szkl  ( 1,00 zł )
  • żelatyna 4 łyżki ( 1,00 zł )
  • kakao 2 łyżki ( 0,10 zł )
  • czekolada 3 kostki (0,10 zł )

jajka utarłam z cukrem zwykłym i pudrem na dość gładką masę, żelatynę rozpuściłam w gorącej wodzie w ok 1/2 szkl, do masy jajecznej dodałam śmietanę i jogurt i dokładnie wymieszałam, następnie wlałam ostudzoną żelatynę i chwilę mieszałam robotem, masa uzyskała konsystencję ptasiego mleczka

do części masy śmietanowej dodałam kakao i wylałam całość do tortownicy, wierzch deseru ozdobiłam tartą gorzką czekoladą..  deser schłodziłam w lodówce i tam należy go przechowywać..

2

3

koszt całości: 10 zł, wyszło mi 14 porcji po ok. 0,72 zł/szt

domowe a'la kfc...

jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.. a tak bardzo chodziły za mną skrzydełka kfc.. chciałam mimo wszystko zrobić sobie tego kurczaka sama.. wiadomo, tajemnica panierki jest strzeżona przez koncern, podobnie jak i coca-cola itp..

wymyśliłam sobie filety z podudzi kurczaka w płatkach kukurydzianych, które nieco oszukują, że mogą być panierką kfc'ową.. tak też i zrobiłam, filety rozbiłam na kotlety, nie krojąc ich na paski, choć pewnie w kawałkach byłyby smaczniejsze..

6

rozbite mięso otoczyłam w mące, następnie w jajku i pokruszonych płatkach kukurydzianych, smażyłam na gorącym oleju po kilka minut z każdej strony, jak tradycyjnego schabowego..

podałam jako danie obiadowe, nie fast foodowe - z ziemniakami i brukselką

15

27

43

moje miasto nocą..

to była już późna noc, gdy zaczął padać pierwszy tego roku śnieg...

1

2

3

4

sobota, 10 grudnia 2011
grudniowy sobotni wieczór...

jest sobotni, grudniowy wieczór... na dworze zimno, wieje wiatr.. ludzie siedzą w domach, bo nawet samochodów na ulicach jakby mniej... pies ze spaceru ciągnie do domu...

to taki akuratny, przedświąteczny czas do słuchania takiej muzyki, jaką gra Oliver Nelson lub Becker Brothers, których muzyką zachwyciłam się jakieś 17 lat temu...

źródło: youtube

...and then she wept - to jedna z moich ulubionych kompozycji braci Brecker..

środa, 07 grudnia 2011
ziemniak w mundurze..

dlaczego w mundurku, to nie wiem.. trochę dziwna nazwa, ale niech będzie..

ziemniaki w mundurkach jadałam dosyć często dziecięciem będąc, a nawet i później.. zwykle Mama gotowała spory garnek ziemniaków, bo chętnych było dużo i chociaż po trzy, cztery ziemniaki na głowę żeby było..  do tego sól i masło roślinne wówczas, nie margaryna i nie masło maślane..

2

gotowało się te ziemniaki przez jakieś pół godziny, tak aby się nie rozpadły, a w dodatku bez soli - obieraliśmy je z łupinek i jedliśmy albo w całości, albo pokrojone na plastry (ja tak lubię), na to kawałek masła i sporo soli... oj, dobre to jest... do tego kubek zimnego zsiadłego mleka..

pomyślałam sobie, że świetny byłby do tego  sos jogurtowo-czosnkowy..

1

swoje ziemniaki zrobiłam jako ciepłą kolację i przekąskę w jednym, nie gotowałam ich tradycyjnie, a potraktowałam je mikrofalami ok 10 minut, wcześniej myjąc dokładnie.. jeśli mam być szczera nie widzę specjalnie różnicy pomiędzy tymi gotowanymi tradycyjnie, a tymi z mikrofali..

--

mam fazę na ziemniaki, więc przede mną: placki ziemniaczane, zapiekanka z ziemniaków, boczku i warzyw, kluski ziemniaczane 'przecieraki' oraz kartoflak w wersji patelnianej..

*) kartoflak to inaczej baba ziemniaczana

 
1 , 2