czytam, bo bez czytania nie potrafię żyć.. a filmy oglądam, bo lubię.. czasami nawet coś uda mi się ugotować.. ten blog piszę wyłącznie na własny użytek..
Zakładki:
Czytam:
Odwiedziłam lub odwiedzę:
Oglądam:
Słucham:
Tu zaglądam i podczytuję:
WAŻNE - potrzebna pomoc !!!
ZAKUPOWO:
niedziela, 10 marca 2013
niedzielny rosół...

nie wyobrażałam sobie nawet, że niedzielny rosół może mnie tak uszczęśliwić..

chyba wracam do życia.... do mojego życia...

sobota, 02 marca 2013
niedziela na Bródnie...

w niedzielę przyjeżdża do mnie siostra...

pojedziemy w odwiedziny do Rodziców, na Bródno... powiemy Im, że wiosna idzie... :)

1

 

to dziewiętnasta wiosna bez Mamy i trzecia bez Taty...

środa, 02 maja 2012
w przerwie..

długo nie pisałam, a to dlatego, że mamy remont mieszkania.. odświeżamy je przed sprzedażą, przeglądamy i pakujemy część rzeczy..

nie mam czasu na pichcenie i zamieszczanie przepisów..

w międzyczasie zaczął się maj...

poniedziałek, 26 grudnia 2011
święta, święta i po świętach...

święta, święta i po...

piątek przed Wigilią był dla mnie dość pracowitym dniem, całkowicie spędzonym w kuchni, przy radiu PIN wśród sporej ilości garnków, garnuszków, naczyń wszelkich..

od samego rana do późnych godzin nocnych pracowałam sobie na tych moich dwóch metrach kwadratowych wolnej przestrzeni.. nie będę pisać co na to mój kręgosłup... eech... czasami obawiam się, że zbuntuje się któregoś dnia i odmówi współpracy... niby można przygotować świąteczne potrawy wcześniej, no ale tak naprawdę to co? jeśli chcę mieć świeże, nie mrożone, no to jak?

jeden dzień ciągłej pracy jest tego wszystkiego wart...tylko sens, sens tego wszystkiego mógłby być dla mnie...głębszy...

bilans świąt to przecięty nożem palec, poparzone tłuszczem udo i popsuty czajnik :) a przepalona żarówka w samochodzie to przy tym pikuś.. :)

dekoracje świąteczne to brązy i złoto i ciepłe światła... tym bardziej, że to ostatnie moje święta w tym domu... nie wiem, gdzie będę mieszkać za rok, gdzie będę spędzać święta, ale to chyba nie jest teraz takie ważne...

te święta wyglądały tak...

1

2

piątek, 16 grudnia 2011
za tydzień Święta....

noooo... chyba czas już pomyśleć o Świętach... w tym roku nie będę ich robić na trzy domy, więc przygotowywania będą skromniejsze, w minimalnej ilości i symbolicznie zaledwie... ot, dla tradycji..

tradycyjnie wezmę sobie kartkę i długopis i zanotuję to, co zrobię - właściwie nie wiem po co to zapisuję, przecież i tak co roku jest to samo, od wielu wielu lat...

do każdych Świąt wystarczają mi trzy dni przygotowań, jeden dzień sprzątanie i dekorowanie domu, drugi dzień zakupy i trzeci dzień gotowanie, pieczenie, krojenie.. a świątecznych dni też tylko trzy... choć jakby więcej, bo do Sylwestra... a w Nowym Roku wszystko wraca do normy... i zaczyna się codzienność...

no więc czas już pomyśleć o Świętach...


1

sobota, 19 listopada 2011
fatum precz!...

no nareszcie...

wreszcie mam internet! ależ się cieszę!

najpierw parę dni temu wysiadła telewizja i przybyły technik przywrócił mi ją, potem padła sieć, ale dałam sobie jakoś radę i właściwie tylko zresetowałam ruter :) no ale nie na długo, bo potem zupełnie siadł internet...

to było kilka dni temu, podobno szczury dostały się do serwerowni i pogryzły kable - co się dziwić, zima idzie, stworzenia zgłodniały - tylko czemu ja o tych szczurach słyszę już trzeci sezon?

dzisiaj znowu na parę godzin wysiadł prąd na całym osiedlu i w okolicach.. pranie w toku, miałam piec babeczki dla gości, gotować makaron do pesto, bez prądu nie mogłam swoich gości poczęstować ani gorącą herbatą, ani kawą... :(  bez prądu nie działają też piece centralnego ogrzewania, więc ja zmarźluch miałam przerażenie w oczach, że czeka mnie marznięcie w czterech kątach..

fatum jakieś chyba...a w dodatku zgubiłam ulubiony kolczyk...chyba popłynął do wannowego odpływu :(

na szczęście są już i internet i prąd i ciepłe kaloryfery... czekam jeszcze na sygnał tv...bo wciąż chyba szczury gryzą kable ;) i na szczęście technicy działają...

przez te kilka dni bez internetu nie mogłam sobie podarować tego, że nie wiem, kto zamordował... oglądałam sobie w najlepsze Herculesa Poirot'a i owo fatum przerwało mi w najlepszym momencie, tzn w czasie przemowy uroczego detektywa...

czekam więc z niecierpliwością, bo za kilka minut dowiem się kogo na mordercę wytypował i pewnie, jak zwykle, znowu będę zaskoczona, bo zawsze obstawiam nie tego złoczyńcę...

a że akurat weekend jest, to powrócę do przerwanego seansu filmowego...

może też w wolnej chwili pojawi się jakiś przepis..

wczoraj wieczorem zrobiłam kolejny raz masełko czosnkowe, którym wypełniłam foremki w pudełku po czekoladkach, akurat takie poporcjowane..

no nic... czas celebrować weekend...

dostałam też dzisiaj od Kasi i Zbyszka nalewkę tarninówkę i żurawinę z Krakowskiego Kredensu, to w sam raz do pieczonego schabu karkowego, który zdążyłam upiec wczoraj, hmmm z żurawiną na ciepło - mniam, mniam... a do tego kieliszeczek tarninówki... a deser?

jogurtowo-granatowy i naprawdę więcej już niczego nie potrzeba...

fatum precz!

wtorek, 18 października 2011
czas..

 

...świat nie ma czasu, by się nad nami zastanawiać... - rzekła Katarzyna Lengren, cytując Tomasza Manna..


1

uwielbiam tę kobietę za całokształt, a przede wszystkim za jej wypowiedzi...

sobota, 24 września 2011
love story...

sobotni wieczór....

za oknami ciemno...chłodno i jesiennie....kolorowe liście w ostatnich swoich tanecznych ruchach coraz częściej spadają na ziemię a trawniki z zielonych, robią się kolorowymi kobiercami....

z radiowych głośników sączą się dzisiaj nostalgiczne, liryczne piosenki... słucham radia "Chilli Zet", które gra dzisiaj tak miło, relaksacyjnie, miłośnie wręcz... ot, choćby Shirley Bassey....

po mieszkaniu rozchodzi się zapach żywcem zaczerpnięty z okolic Parku Skaryszewskiego :)  tak, tak...to zapach rozgrzanej czekolady z pobliskiego Wedla... kiedyś często tamtędy jeździłam i ten smakowity zapach wdzierał się w nozdrza i drażnił ślinianki niemożliwie...

dzisiaj Wedla mam u siebie, bo piekę murzynka, bardzo domowe ciasto, w sam raz na taki samotny sobotni wieczór... takie moje czekoladowe love story... bo tak się czasem to życie układa, że na troski czekolada....

....

czwartek, 01 września 2011
jesień idzie i już....

ranki chłodne, noce zimne... z szafy wyjęłam koc i nadeszła pora noszenia po domu skarpet frotte..

ba, uśmiecha się też do mnie ciepła piżama... (nie będę pisać pidżama!)

a że w oczy rzucił mi się ten tekst, to go zamieszczam....

(...)

raz staruszek, spacerując w lesie,
ujrzał listek przywiędły i blady
i pomyślał: znowu idzie jesień,
jesień idzie, nie ma na to rady..
           i podreptał do chaty po dróżce,
           i oznajmił, stanąwszy przed chatą,
           swojej żonie, tak samo staruszce:
           - jesień idzie, nie ma rady na to..
a staruszka zmartwiła się szczerze,
zamachnęła rękami obiema:
- musisz zacząć chodzić w pulowerze..
jesień idzie, rady na to nie ma..
           może zrobić się chłodno już jutro
           lub pojutrze, a może za tydzień
           trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
           nie ma rady, jesień, jesień idzie..
a był sierpień, pogoda prześliczna
wszystko w złocie trwało i w zieleni,
prócz staruszków nikt chyba nie myślał
o mającej nastąpić jesieni..
           ale cóż, oni żyli najdłużej
           mieli swoje staruszkowie zasady
           i wiedzieli, że prędzej czy później
           jesień przyjdzie, nie ma na to rady…

autor: Andrzej Waligórski 'Jesień idzie'

1

2

środa, 10 sierpnia 2011
i znowu pachnie jesienią...

i tak przez cały dzisiejszy dzień...

od rana tak...

niby świeci słońce, ale jest takie słabsze, takie przygaszone jakby.. momentami chowa się za chmury, by zaraz zza nich wyglądnąć...  wiatr jest chłodny taki... i dmucha, że ho ho...

na drzewach szeleszczą liście, a niektóre z nich opuszczają już swoje rodzime gałęzie... w powietrzu czuć jesień, a przynajmniej ja ją czuję...

w końcu mamy sierpień...a jakby wrzesień już był...

otworzyłam szeroko drzwi balkonowe, aby trochę tego słonecznego ciepła wpełzło nieco do domu... psica wygrzewa grzbiet na słońcu..

zamyśliłam się przez chwilę i jakbym poczuła realny zapach placka ze śliwkami... tak bardzo sugestywnie, że już miałam lecieć do kuchni kręcić ciasto... ale nie! ja się miałam odchudzać... :)

lubię ten przejściowy okres między latem a jesienią...

no nic...

pora na spacer z psem..

je1

je2

sobota, 02 lipca 2011
chlebarka...

chlebarka...nie ma takiego słowa.. a chlebaczka? chlebowniczka, chlebkarka... - neologizmy?

tak mi się zachciało nazwać urządzenie do pieczenia chleba, które dostałam w prezencie od grona przesympatycznych moich współpracowników, na moją 'nową drogę życia zawodowego', a właściwie to chyba na pamiątkę tych  prawie 14stu lat wspólnej, fajnej pracy....

1

będę z niej napewno dużo korzystać, bo chleb lubię, lubię go też piec i prezent jest jak znalazł... tym bardziej, że już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zakupu podobnej.. muszę jeszcze tylko zapoznać się z instrukcją obsługi :)

grono ofiarodawców mam uwiecznione na specjalnej tablicy :)

2

dostałam też od Basieńki przepiękne korale 'hand made' i bardzo, ale to bardzo mi się podobają..

3

4

a całość dopełnił olbrzymi i ciężki! :) bukiet słoneczników.. podzieliłam go na pięć wazonów i zdobi teraz cały mój dom..

5

przydałoby się parę słów na podsumowanie... ale... ale brakuje mi słów, którymi mogłabym opisać swój obecny stan emocjonalny w odniesieniu do ostatnich sześciu misięcy mojego życia...

6

środa, 15 czerwca 2011
był sobie raz...pająk.....

nie lubię pająków, brrr... i tych małych, i tych wielkich.. żadnych!

w nocy uwił sobie całkiem niemałą sieć pomiędzy lusterkiem samochodowym a drzwiami... nie zauważyłam go rano, jak wsiadałam do samochodu...

moją uwagę przyciągnęły srebrne nitki tej pajęczyny poddające się sile powietrza i mieniące się srebrzyście w promieniach porannego słońca.... jakie mocne - pomyślałam...

po zaparkowaniu zerwałam pajęczynę, o nie... nie będę wozić pasażera na gapę, w dodatku mocno niepożądanego.... i tak też zostawiłam samochód na dobre dziesięć godzin...

wieczorem wsiadając do samochodu znowu nie zwróciłam uwagi na lusterko i dostrzegłam tę pajęczynę dopiero w trakcie jazdy....

zaskoczona pracowitością tego małego stworzenia... małego, bo tym razem siedział bezczelnie w samym środku swojego dzieła, podziwiałam ten cud natury... znaczy - pajęczą sieć, nie pająka..

ujął mnie tą swoją wytrwałością i walką o byt na moim samochodzie... i tak dojechaliśmy do domu...

pająk przeżył, ale dostał eksmisję na krzak berberysu przy parkingu i w myślach powiedziałam mu, żeby się ode mnie odczepił raz na zawsze, bo kumplami to my napewno nie zostaniemy...

drżę na myśl o pajęczych dzieciach, które mogły zostać same wewnątrz lusterka... jeśli nie daj Boże tak się faktycznie stało, to muszę czym prędzej poddać samochód mokremu prysznicowi, żeby się nie rozlazły po całym samochodzie, brrr...

i tak oto był sobie raz pająk....

pająki podobno szczęście przynoszą, a ja czekam z niecierpliwością kiedy moja zła karma się odwróci....

tfu! tfu! na psa urok :)

---

jestem chora już od piątku... boli mnie gardło, głowa, smarkam i prycham... męczy mnie kaszel i ledwo, ledwo mówię... po Teraflu powieki mi się same zamykają, a spać nie mogę, bo nos zapchany, a gardło się wysusza i tak w kółko Macieju...

może się czosnku najeść? :) hu..hu....

wtorek, 07 czerwca 2011
...niekulinarnie tak...

nie będzie o kulinariach... nie tym razem... a i o książkach także nie...

będzie mała przerwa w kucharzeniu, bo co innego moją głowę ostatnio zajmuje i czas prawie cały...

nie mam czasu na zakupy, na zamianę ich w soczyste pieczenie czy też sosiaste gulasze, nie mam czasu na lepienie pierogów czy też na kładzenie klusek... a o deserach to już zupełnie nie pamiętam...

ot, prozaiczne poddanie się wymogom chwili.... a te wymogi, to nic innego, tylko szukanie pracy..

tak, tak... jestem do wzięcia, jako fajny pracownik jestem do wzięcia... :)

zamiast deserów jadamy owoce, bo szybciej... obiady? teraz, gdy jest tak upalnie, to jedzenie ciepłego obiadu niekoniecznie jest przez nas pożądane... więc kanapka, sałatka, coś w tym stylu..

zamiast książek czytuję ogłoszenia o pracę i potrafię tak do 1-szej w nocy... cóż za monotonna lektura.... książki na półkach czekają, rośnie stosik nieprzeczytanych miesięczników i tygodników.. czasami dla relaksu rozwiążę ze dwie krzyżówki, żeby rozruszać szare komórki...

no dobra... przyznam się - dzisiaj kupiłam fasolkę szparagową, więc w niedalekiej przyszłości zjemy ją tradycyjnie z bułką tartą...

jutro znowu mam wykłady i będę w domu na 22gą, więc może w Królewski Czwartek? pewnie tak....

a co do pracy, to szukam, szukam... wciąż szukam...  biuro, administracja, finanse, kadry, zakupy...

a może zagram jednak w totolotka :) i otworzę sobie kwiaciarnię w kawiarni.... :)

bo...marzenia się spełniają? :)

tfu! tfu! odpukać tę złą karmę, która łazi za mną od grudnia...

sobota, 19 marca 2011
noże....bardzo sentymentalnie...

Anna i Jan.....moi Rodzice....

bbb

(zdjęcie z lat 70-tych, w ogródku przed oknami mieszkania w bloku przy ul. Żytniej 55)

każde z Nich miało w kuchni swój ulubiony nóż używany przez lata... nie były to niewiadomo jakie noże, ot proste, zwykłe noże... do ukrojenia kromki chleba lub posmarowania jej masłem.. noże, które kroiły dla Nich biały ser czy suchą kiełbasę, wieszaną wcześniej na kaloryferze... noże, którymi obierali sobie jabłka ale też i ziemniaki do zupy...

noże do wszystkiego, noże na cały dzień...bardzo osobiste.. pokuszę się o stwierdzenie, że te noże nabrały przez te wszystkie lata cech Moich Rodziców...co widać też w ich wyglądzie...

zzzzz

Moich Rodziców już nie ma.... Mama odeszła 15 września 1994 roku, a Tata 12 grudnia 2010...

zostały mi po Nich Ich noże, których czasem, choć bardzo rzadko, używam....

cc

xxx

czwartek, 17 lutego 2011
17 luty...

lubię ten dzień...

dzisiaj mam 44-te urodziny....

nie piekłam tortu ani ciasta, więc umilę sobie ten dzień, tutaj w blogu, kwiatami..

 

kwiaty